6.2.12

zima

zima jest z węgla a śmierć ze śniegu
chłodny żar rodzi w przestrzeń z kominów
dym gwiazdy lot nox pijana krzyczy
znak zapytania w zimnym wietrze zmian

zima jest z węgla a śmierć ze śniegu
sanctus sanctus tka powietrze senny
rytm trzask drewna między upadkiem
a gwoździem soplem sinego lodu

zima jest z węgla a śmierć ze śniegu
pod taflą zasnął marmurowy on
w drewno wrzeźbiony salwator mundi
axis oś ciężko dźwigać na mrozie

zima jest z węgla a śmierć ze śniegu
napal w piecu ogrodniku skrzydeł
rozpal ogień z popiołów świątyni
feniksie sprawco prawie poległy





2.2.12

kolejny już raz ogień podkładają pod Rzym

elektryczna iskra skacze
pchła z podskórnych rzek
między imionami rzeczy
ładunkami trwa

już czas krzyczeli z pożogą
i krzyczą na świat
wciąż ze szklaną kulą dni
swój formują szyk

a my lepimy gwiezdne trakty
z iskier śnimy twarz
aż przyjdzie po nas ten co wie
że rzecz to jest rzecz

będziemy prosto murem stać
by nie zburzył prawd
choć czuję z nami czy bez nas
będą wiecznie trwać

nie oddamy lasów
nie oddamy gniazd
kim jesteśmy pod tym niebem
wie echo co niesie wrzask





28.1.12

100

a wtedy myślę sobie może
to ja może to ze mną jest
nietakt jakby bóg trefniś

tańczą rozpalone głowy
perłowe ćmy trzepoczą
płowe twarze krzyczą

a ja stoi nad tłumem
a ja patrzy na dół
w katafalk włosów

a oni idą jak
kondukty kotów
niebieskich w tan

a oni szybciej
wirują jak
chochoły

uciekają
spłoszone
wróble

zlatują
z drzewa
w dół






8.1.12

z pomostu

na końcu schodów
pod nad
jest przepaść
pamiętaj o tym

każde cofnięcie
krok w tył
budzi klif
skok z dołu z góry

w taflę jeziora
lustro
w lustrze krwi
wiem i ty też wiesz

już teraz nie ma
odwrotu
stopień
topnieje lód dusz

i spada no nie
unikniesz
między
niebem a niebem

jest ziemia teraz
widzę czas
płynie
Styks rzeka chłodna





5.1.12

brama zim

świat to hałas feeria pryzmat
zapomniany pergamin
w wybuchu setek bomb
spadają dwa ptasie pióra

na ziemię jałową a mokrą
w korony szumiących drzew
eksplozja setek barw
gwiazdy lecą z nieba na dłoń

dłoń leci na dłoń cichy szelest
cienkie szmery żywych stron
chrzest w prowincji Asam
naga samośmierć w jeziorze

zbudzenie komet - liści nieba
zapadają wilki w sen
zimowy kwitnie sad
ucieka z dala stary świat






29.12.11

Tęsknienia X

drży w rytm minionych
miast zimny piach
topola naga rodzi się z muszli
spienionych morza fal

po cichu spadają z nieba
gołąb gwiazda i ćma
już wieczór amigo wieczór
pierwszego z bezdomnych psa

wigilia zwierzęca tchnie iskrę
mówi po ludzku miejskie zoo
w wyciu odnajdziesz
pazury przestrzeń i proch

niebo gra miło jak skald
trubadur traktów i dni
przyjdzie i umrze na szlaku
żuk na kamieniu chwil





popiół

i zabierze nas tajfun
siła lunarnych rąk
rude cegły ćmią się
popiół popiół

słowo złożone w łódkę
origami szklanej ćmy
zostawia pył skrzydeł
popiół popiół

ziarno kiełkuje powoli
gruda ziemi trwa
golemy spalone
popiół popiół

kryształ ametyst
cytryn górski śni
bóg w kosodrzewach
popiół popiół

zielony szmaragd Nerona
widzi igrzysko w tle
pożar w Rzymie
popiół popiół




24.12.11

Tęsknienia IX

niszczeje świat jak zdarty flek
w tempie sobie tylko znanym
śnieżne arie i chorały
nuci w bruku drżących chwil

kostki marnieją i płoną
nieheblowane drewno lat
słyszy każdy szum listowia
co gnije w lodzie – zmarłych trzask

uderza błysk sprzed oczu – flesz
cofnięcie lotu aniołów
i nadszedł czas i idzie wciąż
nie przypłacony spadaniem

meteor-Ikar gwiazdy śladem
na niebie starym jak Santiago
będzie szedł jak kazał los
w złe olśnienia w ciszę traw

przenika i przemierza wciąż
ślad wilczy w śniegu małpich rąk
ucieka szuka łuny brzasku
ten sam - co życie - kamień dróg

po zmroku umrze tak jak zawsze
w larw pustyni się ukrywa
wydrze gwiazdy jak wątroby
arka w siną dal odpływa




15.12.11

pierścień

ślepy jubiler dróg
spontaniczny ostatni szlif
przed-bursztyn gładki jak niebo
spada w wodę w toń wiecznych fal

sosnowa krew świata
przetacza się w kłosach
bieszczadzkich lisich traw

kapie zatrata
w najcichszych głosach
noc meteorów trwa

soczewka oka mknie
by zdobywać i przekuwać
istota drzewa w okowach
zamknięta na palcu trwa




Tęsknienia VIII

z bursztynu mgławica chwil
włókna rudej krwi
skażeni złym ziarnem
tańczymy w fontannie
w ucieczce niepewnych dni

drżą drobne ptaki-kamyki
mrozem gnije liść
tonące w sadzawce
zgubione latawce
chcą tylko jednego - żyć




  ∞

20.11.11

Ars poetica

istnieje prosta droga dla ciebie prosta droga
by iść nie dojść wciąż wiernym
jak pies niedoli konać

ten czas jak barbituran niedobry czas dla ptaków
my wciąż będziemy trwali
nie znając innych strachów

a chłód co stopy gryzie aniołom przeniebieskim
ten sam co noc na szczycie
jest jakby bardziej ziemski

tak my jaskółki burzy nisko latając śnimy
bijąc skrzydłami przestrzeń
nasze koszmarne winy

wszak wiesz kochanko ciszy jak ciemność od światłości
rozdzielić boskim tchnieniem
i żyć w pełni wolności

wszystkie rozbite lustra rozbite dusz pragnienia
znajdują ujście w tobie
jak Styks w nicości przemian

i ślady które po nas zostawi chart nadziei
będą krzyczeć te słowa
wierzyli i zginęli


- - -

Są chwile, kiedy rzucasz wszystko byle nie siebie pod oczy świateł nadjeżdżających aut. Zmagam się z eskapizmem. Skutek różny, aromat różany, prawie jak gorzkich migdałów. Cierpko na języku, kiedy płoną lasy gdzieś w oddali. To wszystko jest jak owi ptacy, co lecą przez lata bez lądowania. Chwała im, chwała nam.
Gloria Victis.




16.11.11

Ludzie bez uzależnień, a wrażliwi są najbardziej odważni. Bez łańcuchów przyzwyczajeń i rytuałów zmagają się co dzień ze światem, nie uciekając.

Każdy papieros to dwanaście łez, wódka w kieliszku ma słony smak, gromki, kpiący śmiech ocieka niewypłakanym wzrokiem. Ucieczka w aktywność, nietwórczą destrukcję. I nie ma w tym nic złego, powiemy, to ludzkie, normalne, mając w tym swoją rację.

Istnieje pewna subtelna granica pomiędzy pielęgnowaniem swojej zwierzęcości, pierwotności, animistycznego charakteru, a przełamywaniem własnej natury. Podobnie - istnieje subtelna granica pomiędzy niszczeniem natury, a pokonywaniem jej. To drugie to rozwój, gdy pierwsze to destrukcja. Pokonywanie własnej natury jest zgodne z nią samą. Niszczenie własnej natury to ignorancja. Granica jest cienka, ale wyraźna.

Eskapizm to pułapka. Bierność to pułapka. Jak za zimno, to można odmrozić sobie palce, jak za ciepło, to można się poparzyć. Trzeba znaleźć odpowiedni moment równowagi. I tu pojawia się problem. Ten moment równowagi istnieje tylko na matematycznym schemacie, w rzeczywistości esencją jest zbliżenie się do niego, a raczej sam proces zbliżania się. A więc zmiana. Od aktywności do bierności. Od bierności do aktywności, jak wahadło zahaczając, ale nie mogąc się zaczepić na stałe o punkt równowagi.
Gówno prawda.

A gdzie jest prawda-prawda? Zwyczajnie nie wiem. Może w procesie szukania jej, miast w znalezieniu, tak jak piękno życia ponoć ma nie tkwić w magii chwili, ale w codzienności, tak bliskiej naturze. A może tu i tu? Może potrzebna jest taka hipokryzja, żeby móc czuć się człowiekiem? Doskonałość sztuki otrzymuje się w zamian za takie kalectwo ? Może w życiu chodzi o to, żeby być trochę niemożliwym ?

Okres buntu, jesteś jeszcze młody. A ja odpowiem znów - gówno prawda. To nie ja jestem młody, ale ty jesteś stary, jeśliś przestał się zastanawiać nad sobą i przyjął bardziej lub mniej bezkrytycznie pewien system ideologiczny po to, by móc w spokoju się ustatkować plus minus po trzydziestce.

Bo masz rację - zadręczanie się nie ma sensu, nie znajdę odpowiedzi pewnej. Ale chcę zahaczać o prawdę i nie wyrzekać się tęsknoty za pięknem. Chcę ją przeżywać, pielęgnować, płakać, nie zgadzać się, nie uciekać i nie stać w miejscu, śnić ją bez obrony. Tęsknotę, ostatni bastion żalu, że na końcu jesteśmy sami. Że umrzemy milcząc, jak drzewa stojąc.

I że co najgorsze, żaden eskapizm nie wchodzi w grę.




14.11.11

A

sny ostatnich nocy uciekają
daleko daleko poza postrzeganie
kochane postrzeganie
nie trafiam słów klnąc

echa zgliszcz umiera czas
ja mrę koniec wieku kropka
ja już umiera słaby
substytutów nie pozbywam się

zapalam znicz zniszcz zniszcz
oczy świateł szydercze krzyk
amen amen ja bez winy ja grzesznik
strumień gór czysty jak struna A

koniec synu koniec twoje księstwo
stracone we mgle trzymaj się sensu
poza sensem ucieczka w nieznane
w typowe dla ludu w niemość

ryk jelenia wśród skał jak huk morza
JA nie wytłumaczę żadnej z metafor
ale jeśli czujesz jestem Twój nagi
bezbronny nie umiem śnić boli

Pani Wolf, to nie przypadek
ja żyję dzięki Pani to nowa część
świata jak gatunek drzewa
ballada więc niech powie ktoś

kurwa ja nie żyję nie żyję
krzyczę tłukąc porcelanowy
zestaw konwenansowy jedwabnik
przędzie sieć jak ośmiobóg

nieświadomość toczy wojnę
bez kunsztu jak każda wojna
nie ma siły na przejście
nie ma siły by iść

wrzask unosi głowę amen
amen amen amen
to już czyste szaleństwo
forma procent sto

nie umiem przestać
bizonów stado na prerii
jeśli odkryjesz klucz będziesz
jak to stado jak milion słońc

uspokajam oddech standardowo
środek i drgawki nie nie
zasługuję nawet na czkawkę
nie radzę sobie

z formą autorytetami
miłością światem ze sobą
sylabami sylenami ulicą
położoną jak głowa

pstryk szybko jak zdjęcie
niechciane dziecko aborcja
myśli nikt nie myślał
wcześniej o poezji w ten sposób


- - -

Nie wiem nic i umiem tyle samo drgawek. Ta struna krzyczy, boże jak strasznie. Eskapizm. Umiem mówić już tylko hasłami, jeśli chcesz zrozumieć zbliż się do boga drżę. Czerpcie póki nie zabrano mnie, ja filtr na rzeczywistość, ja filtr papierosa, ja filtr. Czas ginąć, nawet jesień zamarza, tylko ja słabo-mocny, czerwono-niebieski. Gdzie jesteś, gdzie jesteś, kiedy ja. Wiem, że dam radę, ale dlaczego dałeś mi tak cienką zbroję i tak gruby charakter?


 
  

6.11.11

Potwornie tęsknię do piękna.

Nie do obrazów zgrabnych snów liter dźwięków drzew liści smaków. Do czegoś większego niż łaskotanie duszy, urywanie kończyn. Do ostatecznego zmagania się z naturą tęsknię, do znalezienia się w sytuacji tak bardzo pierwotnej, czuję pęd. Do ostatecznego sprawdzianu, w którym liczy się albo całe życie, albo cala śmierć, do matury prostych ludzi. Najsmutniejsze, najbardziej przygnębiające jest to oszukanie losu, przedwczesna znajomość prawdy o pustce, jaka przychodzi gdy spełni się ostatnie rozdanie.Trzeba nauczyć się patrzeć, fakt posiadania oczu jeszcze o niczym nie świadczy. A czasem trzeba się po prostu wypisać, gdy zacięte usta tęsknią do niebytu.

Dawniej to pisanie, to była taka dziecięca potrzeba wyrażenia siebie, zwrócenia uwagi, udając że wcale zwrócić uwagi się nie chce. No i kontestacja, wkurwiactwo. Później przyszły uczucia i sprawy poza zmysłami, aspekt świata yin, damskość. Widzenie spraw niezatapialnych i niezgoda. Ten żarzący się bunt powoli dostawał ciepła, płonęły lasy. Dzisiaj to już piekło. Utajona moc, zamknięta w wątłej trzcinie idea kosmosu, energia atomu. Powoli pisanie przestawało być przyjemnością samą w sobie, stawało się rodzajem terapii - jesienniały endorfiny w hormony popiołu. Przyszedł czas, by autoterapia stała się na dobre funkcją pisania. To też minęło. Nie ma już dla mnie terapii. Dzisiaj pisanie to już niszczące uzależnienie, zamknięte w sercu jak komar w bursztynie, co niesie w sobie kroplę żalu.

Kroplę tęsknoty do piękna, kroplę wiedzy, że nie da się zachować siebie i żyć w zgodzie, bez biczowania bliźnich. Czy to prawda tak boli, mądrość starych dębów? Dlaczego boicie się cierpieć? Dlaczego, psy i suki Pawłowa, czujecie tylko ból, a nie widzicie jak twarde stają się wasze kolana? W ostatecznym rachunku i tak chodzi o manichejską walkę i lęk przed śmiercią.

A ja dalej potwornie tęsknię do piękna.



19.10.11

feniks

w deszczu gwiazd wstępuje w kosmos koliber
miota miota swój strach w oczach świateł
melancholia spokojnego psa siad
wycie wilka zmierzwiona sierść i kły

na glinianych symbolach wychował się atlas
kolumna niebios dorycka do bólu nieprzesadna
koryncko bez jońskich jajników nie ze słabości
kruszy się ale że był mocny za długo

świątynia królowej matki tętni życiem
spadają płascy wojownicy nie patrząc w dół
zlatują bogi złożono w ofierze skrzydła fryzów
zmęczony koliber tnie dziobem przez powietrze

kamienieją pióra blakną antycznie
roztrzaskany marmur okruchy życia
między niebem i niebem jest ziemia
teraz wiem: ptacy umierają w locie


- - -

Chciałbym ukryć w dłoniach zderzenie światów. Piękne dźwięki i magiczność kontrastów. Tu już nie ma huśtawek, wahadeł, czy karuzel. Tu jest wieczne drganie cząstek, rezonans, kamerton. Szukam, wątpię i próbuję, myśląc czasem, czy narodzenie się było konieczne i dlaczego akurat wtedy, kiedy duchy wyłażą na wierzch.